Ucieczka z pustynnego piek³a. Ekstremalna wyprawa do Mauretanii
Nikt z nas nie spodziewał się, że offroadowa przygoda w Mauretanii zamieni się w piekło bez wody, jedzenia i pomocy. Z niewiarygodnej opresji uratowała nas wola walki, chęć pomocy i dobrzy ludzie. To była dla mnie prawdziwa szkoła życia.
Pojechaliśmy jak zwykle na traka. Ten miał długość 286 km - trochę długi jak na taki morderczy off. Do 15 zrobiliśmy 50 km, bo teren był bardzo trudny i wymagający. Sam dwa razy zsunąłem się z wydmy razem z motocyklem. Po obiedzie z racji wojskowych, zrobiliśmy jeszcze 36 km jednocześnie skracając traka o około 30-40 km i podjęliśmy decyzje by rozbić obóz. Moje i Sławka rzeczy zostały na samochodzie suportu - namiot śpiwór i mata. Pozostali chłopcy mieli część ekwipunku. Nazbieraliśmy patyków na ognisko i rozpoczęło się czekanie na auto supportu. Mijały godziny.
Reklama
Kalendarz dla motocyklisty na rok 2026 Gwiazdy MotoGP.
Duży 42x30 cm. 79 zł WYSYŁKA GRATIS!
Kalendarz motocyklowy na rok 2026 ścienny, przedstawiający najważniejszych bohaterów tego sezonu MotoGP. Marc Marquez, Jorge Martin, Johann Zarco, Raul Hernandez, Fabio Quartararo, Franco Morbidelii, Pedro Acosta, Pecco Bagnaia, Marco Bezzecchi, Alex Marquez i inni w obiektywnie Łukasza Świderka, polskiego fotografa w MotoGP
KUP TERAZ. WYSY£KA GRATIS »
Auta nie ma. Tel satelitarny przestał działać. Położyliśmy się ze Sławkiem oparci o akację i przykryliśmy plandeką. Noc była zimna. Budziłem się by dołożyć do ogniska i sprawdzać czy support nie dotarł. Rano zrobiłem kilka fotek wschodu słońca i obudziłem chłopaków, by wjechać wcześniej ze względu na brak wody, jedzenia i niższą temperaturę. Ruszyliśmy. Teren nic a nic nie łatwiejszy. Jechaliśmy tak 2,5 godziny, dopóki w Husce nie zapaliła się kontrolka od rezerwy. Zrobiliśmy jeszcze 10 km i Zbyszek zameldował że jemu też się zapaliła, mimo że dolewał 1,5 litra benzyny, którą wiózł w butelce po coli.
Psycha siada
Paliwa mam na max 10 km, a traka zostało 101 km. Zapada decyzja że zostajemy i czekamy na support. Rozpętała się burza piaskowa. Temperatura spadła do około 30-35 stopni z 44 - taki mały bonus od natury na okoliczność perspektywy przetrwania bez jedzenia i wody. Od 10.30 do 16 siedzieliśmy patrząc na siebie i próbując skontaktować się z naszym autem. Ale tylko we czterech - piąty od prawie pięciu godzin leżał na piachu koło motocykla i nie było z nim kontaktu. Załamała się psycha. Nastroje były różne, Kuba nerwowo usiłował nawiązać kontakt z autem przez telefon satelitarny i radio. Koło 16, kiedy ustał trochę wiatr, Sławek mówi "nie czekamy do rana na pomoc, musimy się ratować sami. Spuszczamy resztkę paliwa z motocykli i tankujemy jeden".
Z LC4 Adventure spadło 8l - mały prezent od losu, bo to pierwsze moto. Paliwa uzbierało się tyle, że moja Huska dostała misję szukania pomocy.16.40 startujemy - do przejechania 101 km w ciężkim off, a w zbiorniku 7,5 l. Kubę poniosły emocje misji niesienia pomocy. Jechał jak szalony. Zatrzymałem go i spytałem czy chce chłopaków uratować, czy się zabić, ja nie pojadę szybciej, bo tez nie jestem w dobrej kondycji - nie piłem i jadłem od 28 godzin. I tu zaświtała myśl, że mam puszkę sardynek w camelbagu. Zjadłem je delektując się smakiem i ciesząc się w duchu, że będzie trochę siły, by wyrwać kolegów z rąk pustyni. Teraz tylko dzida - walka z piachem kamieniami. Około 40 km przed cywilizacją łapię kapcia w przednim kole. Nie mam dętki i narzedziówki, bo zostawiłem wszystko z chłopakami, a wziąłem rotopaxa na paliwo dla nich. Fun się skończył
Wojsko z odsieczą
Jadę dalej bez powietrza. Po 5 km zatrzymuję się i mówię do Kuby, że chyba pojedzie dalej sam, bo go opóźniam a o po 19 zrobi się ciemno. Nie wiadomo skąd pojawiła się w zasięgu wzroku toyota hilux. Gość powiedział, że nam pomoże. Po kilku kilometrach zrzucił ładunek i zapakowaliśmy huske na pakę. Do miasta zostało około 35 km. Dojechaliśmy po ciemku. Zatrzymaliśmy się pod sklepem by kupić wodę i jedzenie dla chłopaków i dla siebie. Kuba wyjął pieniądze by zapłacić, ale kierowca Toyoty go uprzedził i powiedział, że pieniądze nam się przydadzą.
Jedziemy dalej. Po niecałym kilometrze auto zatrzymało się pod jednostką wojskową. Widać było, że żołnierze traktowali kierowcę wielkim szacunkiem - mało co przed nim nie klękali. Dla nas szok. Po 3,5 godzinie planowania akcji ratunkowej wyruszają dwa pick-upy z 16 żołnierzami. Mają do przejechania 202 km.
Podjęliśmy decyzję, że Kuba pojedzie z żołnierzami, a ja zostanę w wiosce. Powodem była bariera językowa i brak miejsca w samochodzie. Po kolejnych czterech godzinach przeprawy przez pustynię auta dotarły do chłopaków. Wojsko w ciągu kilku minut otoczyło teren, rozpaliło ogień i dało prowiant oraz wodę.
Ja w tym czasie zostałem ambasadorem Polski w wiosce. Takie były słowa Mohameda, który zaprosił mnie do siebie. Po kolacji zjedzonej z jednej miski z Mohamedem, jego ojcem i kierowcą, zaczęły się rozmowy. Padło pytanie: czy jesteś katolikiem? Poczułem strach, bo za moimi plecami stały dwa kałasznikowy.
Wahałem się z odpowiedzią, ale odpowiedziałem - tak jestem katolikiem. Strach mój rozwiał się, kiedy Mohamed powiedział, że Polacy to bardzo katolicki kraj i wie kto to Jaruzelski, Wałęsa, Jan Paweł II. Cała kolacja była w obrządku muzułmańskim. Całą noc nie mogłem spać. Koło siódmej rano Mohamed dostał telefon, po czym zawieziono mnie do jednostki wojskowej, gdzie czekały na mnie chłopaki.
Afrykańska lekcja
Czasami w życiu tak jest, że żeby było dobrze, musi być źle, musi być trudno, a czasami beznadziejnie. Od tego, co z tą trudnością zrobimy, zależy czy jeszcze kiedyś będzie dobrze. Bo jeśli się poddamy, zaczniemy rozładowywać złe emocje, strach, czy poczucie bezsilności na tych, którym w tym momencie powinniśmy dać nadzieję. Stracimy nie tylko ich, ale również siebie. Bo w życiu ekstremalne sytuacje czynią nas ludźmi silnymi, odważnymi i dającymi oparcie innym. Ludźmi, którzy się nie poddają, tylko dają siłę innym w sytuacjach, gdy tracą nadzieję, gdy nie tylko na pustyni, ale też w życiu codziennym jest trudno i źle.
Czego nauczyła mnie Afryka... tego, aby w sytuacjach trudnych nie popełniać głupich błędów, by być wsparciem dla innych, bo jeśli teraz jest źle, a nie zachowam się stosownie i odpowiednio do sytuacji, może a raczej na pewno nie będzie już nigdy dobrze. Sytuacja w Mauretanii to ekstremalne przeżycie, ale może i mnie, i was w codziennym życiu spotyka taka Mauretania - trudności, zły czas... Niech nasze przeżycia będą nauką nie tylko dla mnie, ale również dla was - w życiu nigdy nie warto się poddawać, trzeba spokojnie i rozsądnie działać, bo błędy emocje i brak przemyślanych słów i zachowań może bardzo dużo kosztować... Ceną jest nasze życie, a często i życie innych. Odwagi rozsądku spokoju i decyzji bez zbędnych emocji życzę wszystkim na wszelkich wyprawach bliskich i dalekich, a także w codziennym życiu. Bo każdy dzień to szkoła życia. Nauczmy się czerpać z trudnych sytuacji, bo warto przetrwać żeby było dobrze, żeby zobaczyć wschodzące słońce kolejnego dnia, żeby powiedzieć - dałem radę. My daliśmy radę razem i dlatego dzisiaj, po roku, chcę wam kolejny raz podziękować.







Komentarze 1
Poka¿ wszystkie komentarzeSuper opisana przygoda, pomimo momentów nie³atwych. Powodzenie i wszystkiego dobrego :)
Odpowiedz